Życie codzienne Wydziału Malarstwa

Wydział Malarstwa gromadzi sporą grupę twórców w powszedniej pracy. Ta artystyczna i dydaktyczna krzątanina jest codzienna i oczywista. Nie ma nic szczególnego w tym, że „na korytarzu” spotykają się i prawują się ze sobą twórcy należący do kilku pokoleń, różnych zapatrywań artystycznych, przeciwstawnych idei nie dających się sprowadzić do wspólnego mianownika. Nie ma i nie może być zgody na Wydziale Malarstwa. Musi być wojna pełna zarzewi, frontów, aliansów, paktów i walki oraz nieustannego ścierania się przeciwieństw.

A jednak jesteśmy połączeni jakąś wspólnotą. Kiedy na przykład młody malarz obejmuje obowiązki asystenta, współpracuje z profesorem a ten pamięta i niekiedy wspomina swojego mistrza z czasu studiów, można by rzec, że tworzy przytłoczony wielkim garbem przeszłości. Tak, ale przecież dźwiga go lub amputuje, boryka się lub buntuje, staje się kustoszem lub podpalaczem akademickiego muzeum wyobraźni. Podobnie też starzec, co przeżył pół historii sztuki, gdy wchodzi do akademickiej pracowni pełnej studentów, którzy jeszcze nic nie wiedząc, nie rozumiejąc a czując nadwrażliwie wrzeszczą, że nie, że nie tak, że skandal, że zapomnieć trzeba, należy, koniecznie, gombrowiczowskie „profesorze, jak zachwyca, kiedy nie zachwyca?” śni się starcowi po nocach a potem samotny w swojej pracowni staje przed obrazem i nie ma sposobu, żeby to studenckie gadanie zignorować.

Nie ma wątpliwości, że artyści pracujący w takiej codziennej bliskości, czy tego chcą, czy nie, działają jak naczynia połączone. Połączenie to jednak nie implikuje ujednolicenia. Tym, co charakteryzuje naszą grupę, a co postrzegam osobiście jako wielką wartość, jest fakt, że „każdy z nas z innego pieca chleb jada, ale mieszkamy w jednej wsi” i możemy sobie pozwolić na wspólne artystyczne biesiadowanie mimo różnic, odmienności, a nawet niesnasek. Nie musimy być wyznawcami jednego mitu. To pewna.

Wydział Malarstwa tworzy środowisko artystyczne. Jest to „naturalna” kolej rzeczy. Gdy grupa artystów i adeptów sztuki zostaje powiązana wspólną przestrzenią i aktywnością, gdy jej członkowie skazani są na regularne spotkania, rozmowy, dyskusje, wzajemne oglądanie i ocenianie prac własnych i obcych, wtedy rodzi się jakaś wspólność. Wpływamy na innych i sami podlegamy wpływom. Jednym z istotnych czynników kształtujących środowisko jest udział dydaktyków i studentów we wspólnych projektach artystycznych. Wzajemna znajomość metod pracy tworzy pole wpływów, w których wszyscy tworzymy wobec siebie nawzajem.

Rozmowy o sztuce toczą się tutaj codziennie. Ta codzienna zwykła gadanina o obrazach i sztuce na korytarzach, w kawiarniach, przy piwie, to chyba najbardziej naturalna i bodajże również najcenniejsza droga przepływu myśli i idei. Nie ma chyba pewniejszej drogi do zacieśniania wzajemnych relacji osób zgromadzonych wokół sztuki niż wspólne jej oglądanie. Oczywiście nie mam tutaj na myśli grupowego stania przed dziełem sztuki. Lecz nawet, jeśli każdy z nas pozostaje sam, zatopiony w kontemplacji przed obrazem, rzeźbą czy instalacją, to zbiorowe wyjście, czy wyjazd do muzeum i galerii, akcydentalne skrzyżowania dróg zwiedzania i towarzyszące im pobieżne wymiany uwag tworzą wspólnotę oglądania i stają się zarzewiem wymiany wrażeń i rozmów. Od wielu już lat regularnie, kilka razy w roku profesor Adam Brincken organizuje studyjne wyjazdy do europejskich ośrodków muzealnych zwane Powrót do źródeł. Intensywność tych studiów bywa mordercza. Wspominam anegdotę mówiącą, jak to onegdaj profesor Sławomir Karpowicz siedzący na schodach przed Kunsthistorisches Museum w Wiedniu zagadnięty o samopoczucie odparł: Jestem wykończony. Jeszcze jeden obraz i zwymiotuję. Proszę wybaczyć dosadność przykładu, ale najlepiej ukazuje on zapiekłość z jaką ogląda się u nas sztukę.

Andrzej Bednarczyk